Upadek Europy?
Kilka słów o tym, dlaczego nie powinniśmy patrzeć bezkrytycznie na lansowaną przez USA wizję upadającej gospodarki europejskiej.
Jak słusznie zauważa wiele osób, głównym przeciwnikiem USA pod rządami ekipy Trumpa nie są dziś Chiny, Rosja ani państwa Bliskiego Wschodu, lecz Unia Europejska. Dlatego tak chętnie Trump, Vance i Musk mówią o „degeneracji” Europy.
Większość tych argumentów podchwytuje europejska prawica – głównie skrajna. Jest jednak jeden argument, który trafia również do centrystów i liberałów: teza, że Europa tkwi w stagnacji gospodarczej z powodu nadmiaru regulacji.
Ten argument opiera się jednak na szeregu uproszczeń i skrótów myślowych, które trafnie wyłapał ostatnio francuski ekonomista Gabriel Zucman.
Streszczam jego argumenty (i polecam bloga Zucmana):
Po uwzględnieniu różnic w kosztach życia wzrost PKB na mieszkańca od 1990 r. wyniósł około 70% w USA i około 63% w UE-27, co oznacza średni roczny wzrost rzędu 1,6% w Stanach Zjednoczonych i 1,5% w Unii Europejskiej. Różnice te są statystycznie niewielkie.
Zarówno UE, jak i Stany Zjednoczone zmniejszyły swój udział w globalnym PKB z około 20% w połowie lat 90. do około 15% obecnie. Ten proces dotyczy wszystkich dawnych centrów gospodarki światowej i wynika przede wszystkim z dynamicznego wzrostu Azji, a nie z jakiejkolwiek specyficznej „regulacyjnej choroby” Europy.
Kluczowym elementem narracji deregulacyjnej jest również mit o rzekomo niskiej produktywności Europy. Tymczasem w sześciu kluczowych krajach UE 9–Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Niderlandach i Belgii – pracownicy wytwarzają średnio około 60 euro wartości na godzinę pracy, czyli praktycznie tyle samo co w USA (dane Laboratorium Nierówności Światowych).
Po rozszerzeniu analizy na całą UE-27 produktywność jest nieco niższa, głównie z powodu niższych wskaźników w Europie Środkowo-Wschodniej, co jest efektem historycznych różnic rozwojowych, a nie nadmiaru regulacji.
Potwierdzają to również dane Międzynarodowej Organizacji Pracy: PKB na godzinę pracy wynosi 81,8 dolara w USA, 83 dolary w Europie Zachodniej oraz 71,1 dolara w UE-27.
Europejczycy żyją dłużej, mają niższe nierówności dochodowe i majątkowe oraz więcej czasu wolnego, przy porównywalnym poziomie produktywności. Z punktu widzenia realnego dobrobytu społecznego europejski model wypada więc lepiej, a nie gorzej.
Nie oznacza to oczywiście, że Europa nie ma problemów gospodarczych – Zucman także tego nie twierdzi. Ale obsesyjne skupienie się na deregulacji całkowicie omija sedno wyzwania. Jak podkreśla Zucman, kluczowym ograniczeniem europejskiego rozwoju nie są regulacje, lecz niedostateczne inwestycje publiczne. Dlatego – jak pisze – „pilna potrzeba dotyczy nie deregulacji, lecz inwestycji w edukację, uniwersytety, badania naukowe, infrastrukturę publiczną oraz transformację energetyczną”.
Na podobne kwestie zwraca uwagę ekonomista Marieke Blom w rozmowie z Grzegorzem Siemionczykiem. Podkreśla ona, że problemem UE jest rozdrobniony rynek i wiele lokalnych zasad, a nie liczba regulacji unijnych. A także, że niektóre kraje (głównie Niemcy) miały obsesję na punkcie kontrolowania długu publicznego, co prowadziło do niewystarczających inwestycji: „Myślę, że w niektórych państwach UE, w tym właśnie w Niemczech, polityka budżetowa była zbyt konserwatywna. Trudno chwalić rządy, które oszczędzają na inwestycjach w infrastrukturę, system edukacji, ochronę zdrowia, jakość usług publicznych”.
Mówiąc krótko, streszczanie kłopotów Europy do „za dużo regulacji unijnych” jest zbyt daleko idącym uproszczeniem.
Od siebie dodałbym, że forsowana przez amerykańską prawicę – i coraz częściej podchwytywana w Europie – retoryka deregulacyjna grozi importem najgorszych patologii modelu amerykańskiego: większych nierówności, dalszej finansjalizacji gospodarki, słabszej kontroli nad monopolami cyfrowymi oraz jeszcze większej władzy miliarderów nad procesami politycznymi.
Warto więc zapytać, dlaczego nagle ktoś taki jak Musk z taką troską pochyla się nad „dobrobytem Europy”.
Musk ubiera swoje postulaty w lubianą przez prawicę narrację o „totalitarnej Unii”, którą należałoby zastąpić „Europą suwerennych ojczyzn”. Z ekonomicznego punktu widzenia brzmi to jak projekt rozbicia jednego silnego regulatora na wiele słabszych, łatwiejszych do rozgrywania, naciskania i szantażowania przez globalne korporacje. Dla wielkich firm technologicznych fragmentacja regulacyjna Europy byłaby ogromnym prezentem, nie zagrożeniem. „Suwerenne ojczyzny” mogłyby się w tej konfiguracji bardzo szybko okazać realnie podporządkowane interesom amerykańskich gigantów.
Również liberałowie, którzy z sympatią słuchają wezwań do deregulacji, powinni uczciwie spojrzeć na amerykański bilans ostatnich dekad: narastającą niestabilność polityczną, kryzys systemu ochrony zdrowia, dramatyczne nierówności oraz coraz bardziej kruchą demokrację. Trudno uznać, że systematyczne wzmacnianie pozycji wielkich korporacji jakoś szczególnie wzmocniło amerykańskie społeczeństwo jako całość.
Weźmy ochronę zdrowia. USA wydają na nią ok. 17–18% PKB, podczas gdy kraje UE o kilka punktów procentowych mniej, mimo że osiągają lepsze wyniki zdrowotne (niższą śmiertelność niemowląt, dłuższą oczekiwaną długość życia).
Albo spójrzmy na kwestię nierówności. Najbogatszy 1% Amerykanów kontroluje dziś ok. 35% całego majątku, podczas gdy w Europie jest to ok. 25%. Oznacza to, że wzrost gospodarczy w USA w znacznie większym stopniu akumuluje się na samej górze, zamiast przekładać się na szeroko rozumiany dobrobyt społeczny.
Dlatego zamiast bezrefleksyjnie powtarzać mantry o deregulacji, warto znacznie ostrożniej podchodzić do rad wujka Sama – zwłaszcza gdy padają one z ust tamtejszych miliarderów.
Założyłem Patronite.
Jeśli chcecie wspierać bloga, możecie zrobić to tu: https://patronite.pl/tomaszmarkiewka
Ukłony!





Zastanawiam się na ile ta deregulacyjna manipulacja siądzie w obecnym klimacie politycznym w UE i czy nie zrobimy sobie krzywdy poprzez bezmyślne wdrażanie takich złotych rad przez prawicowe rządy po 2027 roku