Premier Donald Tusk ogłosił wstrzymanie prac nad reformą Państwowej Inspekcji Pracy, przygotowaną przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Projekt, wpisany do polskiego Krajowego Planu Odbudowy jako jeden z tzw. kamieni milowych, zakładał przyznanie inspektorom pracy prawa do administracyjnego przekształcania umów cywilnoprawnych – zleceń, umów o dzieło czy kontraktów B2B – w umowy o pracę, jeśli w praktyce spełniają one kryteria etatu. Premier uznał jednak, że byłaby to „przesadna władza urzędników”, potencjalnie destrukcyjna dla firm i rynku pracy, i zapowiedział definitywne zamknięcie sprawy.
Joanna Solska napisała w „Polityce” tekst, z którego wynika, że Tusk dobrze zrobił, blokując reformę Państwowej Inspekcji Pracy, bo była ona wadliwa. Warto się do tego tekstu odnieść, bo Solska powtarza w nim niemal wszystkie ulubione argumenty – i sztuczki retoryczne – polskich neoliberałów. Argumenty te od lat służą jednemu celowi: utrzymaniu systemu, który działa na rzecz najlepiej zarabiających, a każdą próbę jego korekty przedstawia jako groźną utopię.
1. „Projekt reformy PIP jest zły, bo nie rozwiązuje istoty problemu”
Solska wylicza wszystkie patologie naszego systemu podatkowo-składkowego i konkluduje, że reforma PIP ich nie rozwiąże. To prawda – nie rozwiąże. Problem w tym, że ten sposób myślenia prowadzi do wniosku, iż niemal żadna reforma nie ma sensu, bo niemal żadna nie naprawia wszystkiego naraz. W praktyce oznaczałoby to rezygnację z większości historycznych reform społecznych. Ośmiogodzinny dzień pracy nie zlikwidował wyzysku, zniesienie segregacji rasowej nie zniosło rasizmu, a prawa wyborcze kobiet nie zlikwidowały patriarchatu.
Większość instytucji państwa dobrobytu powstawała właśnie w ten sposób: poprzez stopniowe, cząstkowe interwencje, które ograniczały konkretne nadużycia, nie likwidując od razu wszystkich sprzeczności systemu.
Reforma PIP nie ma ambicji naprawy całego rynku pracy ani systemu podatkowego. Ma zrobić jedną rzecz: ograniczyć fikcyjne zastępowanie etatów innymi formami zatrudnienia. Oczekiwanie, że pojedyncza ustawa jednocześnie naprawi podatki, składki i globalną konkurencję, jest wygodnym pretekstem do utrzymania status quo.
2. Państwo chce naprawiać system, który samo popsuło
Solska ironizuj też, że państwo próbuje dziś korygować rozwiązania, które samo wcześniej wprowadziło – liniowy PIT, preferencje dla samozatrudnionych, fundacje rodzinne. Tylko że pojawia się pytanie: jaka jest alternatywa? Uznanie, że skoro prawo zostało uchwalone, to staje się nietykalne? Że korekta błędów jest hipokryzją, a nie istotą polityki?
Państwo nie jest monolitem, a dynamicznym polem konfliktów interesów i zmieniających się priorytetów. Jeśli wcześniejsze decyzje faworyzowały samozatrudnienie kosztem ochrony pracowników, to ich ograniczenie nie jest sprzecznością, lecz spóźnioną próbą naprawy.
Raz jeszcze – gdyby zastosować logikę Solskiej, niemal żadna zmiana na lepsze nie miałaby sensu.
3. „PIP mogłaby zniszczyć każdą firmę”
Solska straszy, że inspektorzy pracy mogliby „zniszczyć każdą firmę, uzasadniając to dobrem pracowników”. To motyw doskonale znany z polskiej debaty publicznej: każda, nawet minimalna zmiana na korzyść pracowników ma rzekomo prowadzić do katastrofy gospodarczej. Adriana Rozwadowska opublikowała kiedyś w „Gazecie Wyborczej” znakomitą kompilację wypowiedzi, w których przy okazji każdej podwyżki płacy minimalnej wieszczono masowe bankructwa firm. Jak wiemy – nic takiego się nie wydarzyło.
Mam zresztą lepsze zdanie niż Solska o polskich przedsiębiorcach. Uważam, że większość z nich nie utrzymuje się na rynku wyłącznie dzięki omijaniu prawa. Przypomnijmy więc rzecz podstawową: reforma PIP nie zakłada dowolnej ingerencji w umowy, lecz możliwość ich zmiany wyłącznie wtedy, gdy mamy do czynienia z fikcją prawną – gdy ktoś realnie pracuje jak etatowiec, a na papierze udaje się, że nim nie jest. Innymi słowy: mówimy o wyłapywaniu oszustwa, a nie o represjach wobec uczciwych firm.
4. „Najlepiej zarabiający i tak obejdą prawo”
Solska straszy również, że najlepiej zarabiający – zwłaszcza informatycy – i tak uciekną, przechodząc na kontrakty zagraniczne. To klasyczny argument: niektórzy będą naginać prawo, więc nie ma ono sensu. Wysoko wykwalifikowani specjaliści z globalną mobilnością zawodową nie są reprezentatywni dla większości rynku pracy. Prawo pracy projektuje się nie dla wąskiej elity, lecz dla typowych sytuacji i słabszych uczestników rynku, którzy nie mają możliwości swobodnego wyboru zagranicznych kontraktów.
Fakt, że część najlepiej zarabiających może ominąć regulacje, nie unieważnia sensu tych regulacji – tak samo jak unikanie podatków przez najbogatszych nie jest argumentem za likwidacją podatków. To raczej dowód na potrzebę dalszych korekt, a nie na bezsens pierwszego kroku.
Na koniec jedna rzecz, o której Solska milczy
Dyskutujemy dziś o rozwodnionej wersji rozwodnionej wersji pierwotnego pomysłu. Ten pierwotny wyszedł z Komisji Europejskiej i zakładał pełne oskładkowanie umów zlecenia i o dzieło. To rząd Donalda Tuska wynegocjował łagodniejsze rozwiązanie: PIP miałaby jedynie prawo zmienić umowę wtedy, gdy wykryje nieprawidłowość. Teraz okazuje się, że nawet to jest „za daleko”.
Jeśli rzeczywiście nawet tak minimalna korekta „wykańcza firmy”, to wniosek jest prosty i dość ponury: żadna zmiana na rzecz pracowników ani walka z ucieczkami podatkowo-składkowymi nie jest w Polsce możliwa. W rzeczywistości próbuje się nas przekonać, że najlepszym rozwiązaniem jest pozostawienie systemu dokładnie takim, jaki jest – wadliwym, niesprawiedliwym i wygodnym dla tych, którzy radzą sobie w nim najlepiej.
————————————————
Założyłem Patronite.
Jeśli chcecie wspierać bloga, możecie zrobić to tu: https://patronite.pl/tomaszmarkiewka
Ukłony!


> Reforma PIP nie zakłada dowolnej ingerencji w umowy, lecz możliwość ich zmiany wyłącznie wtedy, gdy mamy do czynienia z fikcją prawną. Mówimy o wyłapywaniu oszustwa, a nie o represjach wobec uczciwych firm.
Reforma zakładała, że to urzędnik, a nie sąd, decyduje, kiedy mamy do czynienia z fikcją prawną. To absolutnie nie oznacza, że fikcja prawna faktycznie występowała - zwłaszcza że decyzja urzędnika miała być niezależna od woli obu zainteresowanych stron.
> Każda, nawet minimalna zmiana na korzyść pracowników ma rzekomo prowadzić do katastrofy gospodarczej.
Współpracuję na B2B i ta zmiana absolutnie nie była na moją korzyść. Na korzyść byłoby zmniejszenie obciążenia podatkowego nałożonego na UoP - to bym docenił.
> Mam zresztą lepsze zdanie niż Solska o polskich przedsiębiorcach. Uważam, że większość z nich nie utrzymuje się na rynku wyłącznie dzięki omijaniu prawa.
Decyzja miała mieć rygor natychmiastowej wykonalności. W połączeniu z faktem, że sprawy w sądach pracy ciągną się latami, nie jest to dobry kierunek.
Te elementy jednak nie spowodowałyby bankructwa. Elementem powodującym bankructwa jest działanie prawa wstecz. Urzędnik mógłby, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności, wygenerować olbrzymie koszty dla praktycznie dowolnej firmy.
Weźmy firmę, z którą współpracuje małych działalności na B2B i każda z nich wystawia miesięcznie fakturę na ok. 15 000 zł brutto. Jakiś mały software house, agencja marketingowa czy biuro projektowe. Wtedy za każdy rok, per umowa, trzeba dopłacić ok. 55 000 zł. Czyli 5 lat wstecz x 10 osób daje jakieś 2 750 000 zł. Termin wpłaty tych zaległych składek to 14 dni. To jest wyrok śmierci dla niemal każdego MŚP.
A jeśli urzędnik się pomyli? "To bardzo nam przykro", ale w momencie wydania wyroku sądu firma nie będzie istniała od kilku lat. Urzędnik oczywiście będzie bardzo smutny, ale na tym konsekwencje dla niego się skończą.
Naprawdę olbrzymie pole do błędów i nadużyć. To jest odpowiednik prawa, gdzie urzędnik może nakazać wyburzanie budynków z natychmiastową wykonalnością, a jeśli poszkodowany wygra sprawę w sądzie, to nie usłyszy nawet przepraszam.
O ile co do meritum się zgadzam, to brak jednoznacznych kryteriów też mnie niepokoił. Urzędnicza uznaniowość jest niestety zawsze krokiem w kierunku... Patologii systemu.