Demokracja niedoinformowana, czyli jak miliarderzy przechwycili debatę publiczną
Media społecznościowe, smartfon, „sztuczna inteligencja” - każde to narzędzie miało zwiększyć i ułatwić dostęp do informacji. Ułatwiły głównie dalszą koncentrację rynku medialnego.
Zdrowa demokracja wymaga zdrowego systemu rozprowadzania informacji. W przeciwnym razie wyborcy nie są w stanie podejmować decyzji zgodnych z własnym interesem – ani z interesem społeczeństwa czy jakiejkolwiek grupy ludzi i nieludzi, na których im zależy.
Teoretycznie nasze demokracje powinny działać pod tym względem znakomicie. W końcu niemal każda cyfrowa nowinka ostatnich kilkunastu lat była sprzedawana jako narzędzie przyspieszające obieg informacji i ułatwiające dostęp do niej: internet, smartfony, Wikipedia, media społecznościowe, a ostatnio „sztuczna inteligencja”.
A jednak mam podejrzenie, że wiedza ludzi o społeczeństwie wcale nie wzrosła. Co więcej, istnieją badania, które to potwierdzają – na przykład norweskie badanie z 2023 roku Uninformed or Misinformed in the Digital News Environment?
Jak piszą autorzy:
Podsumowując, badanie potwierdza rosnącą liczbę dowodów na to, że media cyfrowe tworzą coraz mniej sprzyjające warunki do informowania obywateli o polityce i sprawach publicznych. Wyniki sugerują też, że media społecznościowe są nie tylko mało użyteczne w zdobywaniu rzetelnej wiedzy politycznej, lecz także w budowaniu pewności co do jej prawdziwości.
Mamy też dowody, że ludzie nagminnie – i bardzo mocno – mylą się w kwestiach podstawowych cech własnych społeczeństw. Na przykład w ocenie skali nierówności społecznych. Weźmy nowe badanie na ten temat:
Przebadaliśmy ponad 9 tysięcy osób w Australii, Francji, Japonii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, korzystając z reprezentatywnych prób internetowych. (…) We wszystkich sześciu krajach respondenci dramatycznie zaniżali poziom nierówności płacowych. Najczęstszym błędem było niedoszacowanie różnicy w zarobkach między najlepiej a najgorzej opłacanymi pracownikami. (…) W przypadku Stanów Zjednoczonych dyrektorzy generalni spółek giełdowych zarabiają średnio 269 razy więcej niż przeciętny pracownik etatowy. Badani sądzili, że ta różnica wynosi 18-krotność, a za sprawiedliwą uważaliby pięciokrotność.
Dlaczego nowinki technologiczne nie spełniły marketingowych obietnic?
Zauważmy, że istnieją dwie główne przeszkody dla rzetelnych i istotnych informacji.
Pierwsza to utrudnianie ich pozyskiwania i rozpowszechniania – czyli klasyczna cenzura. Druga to zalanie społeczeństwa taką ilością treści, że dotarcie do czegokolwiek wartościowego staje się coraz trudniejsze.
To właśnie ten drugi problem w dużej mierze potęgują wynalazki z Doliny Krzemowej. Spam, treści generowane przez sztuczną inteligencję, kłamstwa, głupawe memy, boty, dezinformacja i jałowe kłótnie – wszystko to zaśmieca debatę publiczną do tego stopnia, że coraz trudniej rozpoznać, co naprawdę dzieje się wokół nas.
Co gorsza, obywatele mają dziś bardzo ograniczony wpływ na ten stan rzeczy. Decyzje podejmuje bowiem garstka gigantów internetowych i ich właścicieli.
Twórcy tych platform lubili opowiadać o „demokratyzacji” w obiegu informacji. Problem, na który się powoływali, był realny – tradycyjne media często należały do bogatych ludzi lub zależały od zamożnych sponsorów, co nie sprzyjało wolnemu przepływowi informacji.
Jednak media społecznościowe zamiast ten problem rozwiązać, tylko go spotęgowały.
Zamiast kilku czy kilkunastu mediów dominujących w poszczególnych krajach mamy dziś kilka globalnych platform kontrolujących przepływ informacji na całym świecie. Zamiast wpływu garstki bogatych ludzi – jeszcze większy wpływ jeszcze mniejszej liczby jeszcze bogatszych ludzi.
Jak trafnie podsumował to ostatnio ekonomista Robert Reich: Najbogatszy człowiek na Ziemi jest właścicielem X. Drugi najbogatszy człowiek na Ziemi ma zostać głównym udziałowcem TikToka. Trzeci najbogatszy człowiek posiada Facebooka, Instagrama i WhatsAppa. Czwarty najbogatszy człowiek jest właścicielem „The Washington Post”.
Dam wam jeden przykład władzy tych miliarderów. Zauważyliście, że polskie media wykropkowują pewne słowa w tytułach? Boją się, że algorytmy ograniczą widoczność ich postów. Tak samo dzieje się z publikowaniem linków i wieloma innymi rzeczami. A mniejsza widoczność to mniej kliknięć, mniej czytelników, mniej wpływów z reklam. Zachowanie zrozumiałe – ale sprowadza się do prośby: panie miliarderze z Ameryki, proszę pozwolić mi dotrzeć do moich odbiorców.
Miliarderzy dyktują więc zasady obiegu informacji i mogą dowolnie naginać je do własnych potrzeb.
Najbardziej jaskrawym przykładem jest Musk, który manipuluje algorytmami, by promować siebie i swoich ulubionych polityków. Ale wszystkie media społecznościowe w jakimś stopniu robią to samo – naginają obieg informacji dla własnej korzyści. Wpuszczają na przykład boty, które co prawda zaśmiecają przestrzeń publiczną, ale zwiększają ruch, a więc także przychody z reklam. Dla nas – chaos. Dla nich – dodatkowa kasa.
Co więcej, koncentracja rynku jest dziś tak duża, że miliarderzy mogą bez obaw – posługując się słynnym terminem Cory’ego Doctorowa – gównowacić swoje usługi. Nie grozi im bowiem żadna konkurencja, która mogłaby ich wyprzedzić, oferując coś lepszego.
Nie sądzę, by taki był ich plan od początku. Po prostu z czasem część miliarderów zorientowała się, że internet plus media społecznościowe plus postępy w algorytmizacji plus brak realnej polityki antymonopolowej tworzą niepowtarzalną okazję do zwiększenia swoich wpływów – finansowych i politycznych – dzięki przejęciu całego ekosystemu informacyjnego.
Znowu świetnym przykładem jest Musk. Jeśli przyjrzycie się jego wpisom, zobaczycie, że atakuje nie tylko lewicę, migrantów czy Unię Europejską, lecz także tradycyjne media. I to nie tylko te centro-lewicowe czy liberalne, jak „New York Times”, ale również „Washington Post” czy nawet „Wall Street Journal”.
Częściowo dlatego, że stanowią dla niego konkurencję. Musk woli, żebyśmy płacili za jego niebieskie znaczki i generowali ruch – a więc przychody reklamowe – na jego platformie, zamiast czytać tradycyjne media.
Ale chodzi też o coś więcej. Musk wie, że mimo swoich wad tradycyjne media wciąż zachowują pewien elementarny odruch rzetelności – niektóre potrafią nawet od czasu do czasu patrzeć władzy na ręce. Amerykański miliarder wolałby, żeby nikt nie śledził jego powiązań biznesowych z rządem ani nie weryfikował jego kłamstw. A jeśli już ktoś ma to robić, to drobni gracze z niewielkim zasięgiem, których w razie potrzeby można zastraszyć pozwami.
Ludzie o tym zapominają, ale jedną z zalet dużych redakcji jest to, że trudniej je zastraszyć finansowo. Często podaję studentom przykład dziennikarskich śledztw dotyczących przestępstw seksualnych Harveya Weinsteina. Historie o jego zachowaniach od dawna krążyły w środowisku dziennikarzy. Krążyły też opowieści o potężnej kancelarii prawnej, na którą było go stać. Większość redakcji bała się kosztów procesowych. Wyjątkami były „New York Times” i „New Yorker” – wystarczająco bogate i prestiżowe, by udźwignąć ryzyko prawnego starcia.
Można się oczywiście ironicznie uśmiechnąć, że to tradycyjne media stworzyły potwora, który dziś chce je pożreć. Przez lata idealizowały ludzi w rodzaju Muska i wspierały politykę deregulacji, która umożliwiła powstanie korporacyjnych gigantów. Tyle że ten potwór chce pożreć nas wszystkich – więc to raczej śmiech przez łzy.
Nie chodzi o to, że internet czy media społecznościowe same w sobie są do niczego. Problem w tym, że funkcjonują w świecie obrzydliwie bogatych miliarderów i słabej polityki antymonopolowej. I tu właśnie kryje się rozwiązanie naszych problemów z obiegiem informacji. Nie w kolejnej technologicznej nowince – żadne tam czaty AI, żadne tam zastąpienie jednego tech-miliardera innym – lecz w rozbiciu cyfrowych molochów, w solidnym opodatkowaniu miliarderów i regulacjach, które realnie ograniczają władzę największych graczy.




Bardzo ciekawy post. Mnie jeszcze przeraża fakt, że typowe dla fanów tych molochów nastawienie libertariańskie jakoś znika, kiedy okazuje się, że Google dostarcza informacji rządowi Stanów Zjednoczonych. Upolitycznienie tylko dla zarządu, panie Areczku, dla pana jest rozregulowana administracja publiczna.