AI zdemokratyzuje kulturę? Mam wątpliwości...
Big Tech obiecywał poprawić dostęp do informacji za pomocą mediów społecznościowych, teraz próbuje powtórzyć tę sztuczkę z kulturą.
Natrafiam czasem na obietnice, że dzięki rozwojowi AI każdy będzie mógł tworzyć własną muzykę czy nawet tanio i szybko produkować filmy.
Pomińmy na chwilę fakt, że te filmiki, które niektórzy wrzucają do sieci z komentarzami „Hollywood ma kłopot”, to minutowe klipy marnej jakości, oparte na skopiowanym (czytaj: skradzionym) materiale wyprodukowanym w tradycyjny sposób. Przyjmijmy, że da się odpowiedzieć na te zastrzeżenia. Wciąż pozostaje głębszy problem.
Cała ta obietnica AI w kulturze opiera się na dwóch fałszywych przesłankach dotyczących samej kultury.
Pierwsza to założenie niedoboru treści kulturowych. Łatwość i szybkość wytwarzania jest cenna przede wszystkim wtedy, gdy czegoś brakuje. Dlatego technologie umożliwiające szybką i tanią produkcję czystej energii są mile widziane.
Ale czy naprawdę mamy problem z niedomiarem treści w dziedzinie kultury?
Muszę przyznać, że sam mam ciągle do obejrzenia seriale, które miały premierę kilka lat temu, filmy, które weszły na ekrany dekady temu, czy książki napisane wręcz przed stuleciami. Jakoś nie ekscytuje mnie więc propozycja, że teraz będzie tego wszystkiego jeszcze więcej – skoro i tak nie wyrabiam się z treściami kulturowymi, które już istnieją.
Uważam, że bolączką naszych czasów jest nadmiar treści, nie ich niedomiar. Za dużo filmików, za dużo memów, za dużo postów w mediach społecznościowych, a ostatnio zdecydowanie za dużo rzeczy wytwarzanych przez AI. Nikt nie jest w stanie tego ogarnąć – przebijanie się przez ten chaos samo w sobie staje się problemem.
A jedyne rozwiązanie, które podsuwa nam branża technologiczna odpowiadająca za produkcję tych treści, to algorytmy. Algorytmy, nad którymi pieczę sprawują same te firmy i które pozostają zazwyczaj nieprzejrzyste dla nas – użytkowników.
Pamiętajcie więc: do obietnicy łatwego tworzenia muzyki czy filmów dopisane jest małym druczkiem zastrzeżenie – będziecie jeszcze bardziej uzależnieni od naszych algorytmów.
Drugie problematyczne założenie dotyczy samej wizji kultury.
Z retoryki branży technologicznej wyłania się jasna obietnica: jeśli nie podobają się nam oferowane filmy, seriale czy książki, będziemy mogli stworzyć sobie własne. Każdy wedle swoich preferencji. Bez oglądania się na to, co proponują nam wydawcy czy studia filmowe. Analityk medialny Doug Shapiro rysuje w „Newsweeku” przyszłość, w której treści będą produkowane wzdłuż ciągłego spektrum – od skrajnie spersonalizowanych treści na jednym końcu, przez społeczności mikrokultury, po okazjonalne masowe wydarzenia kulturowe na drugim.
Takie podejście nie uwzględnia tego, że kultura ma wymiar wspólnotowy. Nie sprowadza się jedynie do tego, żebyśmy mogli coś obejrzeć, wysłuchać czy przeczytać – istotne jest to, że dzięki wspólnym tekstom wchodzimy w interakcję z innymi. Mogę się z kimś zgodzić lub pokłócić na temat jakości tego, co widziałem. Mogę przeczytać czyjąś recenzję czy przemyślenia. Mogę dostrzec, jak ktoś w innym tekście kultury nawiązuje do czegoś, co sam znam. To działa zarówno w przypadku Szekspira, jak i „Breaking Bad”.
A teraz wyobraźcie sobie, że każdy produkuje sobie własne filmy, seriale, muzykę. Znika wspólny punkt odniesienia. O co mam się kłócić, z kim dzielić zachwyt, gdzie wychwytywać nawiązania, aluzje czy inspiracje, jeśli dzieła, z którymi obcuję, istnieją wyłącznie dla mnie?
Fajnie jest mieć – nie wiem – garnitur skrojony specjalnie pod siebie. Ale produkcje szyte na miarę pojedynczych odbiorców to zaprzeczenie kultury jako takiej.
Chętnie mówi się tu o „demokratyzacji” kultury. Hasło brzmi szlachetnie, ale warto zapytać, co właściwie miałoby być demokratyzowane.
https://www.nbcnews.com/tech/innovation/ai-music-companies-say-tools-can-democratize-art-form-artists-are-skep-rcna172473
Badacze Liam Pram i Fabio Morreale z Uniwersytetu w Auckland przeanalizowali w 2025 roku cztery główne platformy muzyki generatywnej – AIVA, Stable Audio, Suno i Udio – i doszli do wniosku, który potwierdza tę intuicję: demokratyzacja to hasło marketingowe, a nie przewodnia zasada działania tych platform. Ideologię stojącą za proponowanymi przez nie narzędziami naukowcy opisali jako indywidualistyczną i technoliberalną. Zamiast otwierać nowe przestrzenie dla wspólnego muzykowania, platformy te promują model samotnej, zorientowanej na użytkownika produkcji.
Prawdziwa demokratyzacja kultury mogłaby oznaczać zwiększenie dostępu do dóbr kultury, które już istnieją – lepsze biblioteki, tańsze bilety do teatrów i kin, bezpłatne kursy muzyczne w szkołach. Mogłaby oznaczać ułatwienie tworzenia kultury osobom ze środowisk o mniejszym kapitale kulturowym i społecznym – stypendia, mentoring, otwarte pracownie, przestrzenie do prób.
Tymczasem branża technologiczna proponuje coś zupełnie innego: narzędzie, które generuje treści za nas. To nie jest demokratyzacja twórczości – to jej automatyzacja. I jest to świetny przykład tego, jak za pomocą technologii próbuje się zastąpić rozwiązania, które wymagałyby woli politycznej, pieniędzy publicznych i wyobraźni społecznej. Znacznie łatwiej sprzedać aplikację niż zbudować dom kultury.
Zresztą to nie pierwszy raz, gdy wielkie firmy technologiczne obiecują rozwiązać problem społeczny przy pomocy nowego narzędzia. Media społecznościowe miały nas ze sobą połączyć i zwiększyć przepływ informacji. W praktyce przyniosły epidemię dezinformacji, pogłębiającą się polaryzację i kryzys zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi. Uber i Airbnb miały zdemokratyzować transport i hotelarstwo – a podbiły ceny mieszkań i pogorszyły warunki pracy kierowców.
Za każdym razem schemat jest ten sam: wielka obietnica społeczna, szybki zysk dla platformy, a rachunek za skutki uboczne wystawiany nam wszystkim. Gdy więc słyszę, że AI zdemokratyzuje kulturę, nie pytam już „czy to możliwe”, lecz „kto na tym zarobi i kto za to zapłaci”.
Założyłem Patronite.
Jeśli chcecie wspierać bloga i ogólnie moje teksty (wciąż publikuję na Facebooku), możecie zrobić to tu: https://patronite.pl/tomaszmarkiewka
Ukłony!



Na samym początku bańki AI zastanawiało mnie jedno - jak to jest, że tak łatwo przeszliśmy do porządku dziennego na tym, że trenowanie modeli językowych odbyło się na cudzej własności intelektualnej? Zachodziłem w głowę jak to jest, że np. wielcy wydawcy machnęli ręką na to, że ktoś wyszkolił alegorytm na ich pracy. Ale być może przeceniałem głebokośc portfela i zapał do walki medialnych korporacji.
Teraz zastanawiam się, czy będzie tak samo z branżą rozrywkową (Hollywood)? Jakiś czas temu swoją popularność zdobył, wykreowany przez AI, filmik w którym Mat Damon i Tom Criuse walczą na dachu budynku. Może bardziej zdeterminowani do walki z korzystaniem ze swojego wizerunku będa najbogatsi aktorzy?
ten nadmiar treści prowadzi do tego, powstają tzw puste/martwe pętle - czyli tworzymy coś za pomocą AI, a ten wytwór jest konsumowany przez AI a nie przez ludzi.